Subskrybuje zawartość

mieszkanie

warning: cal_days_in_month() [function.cal-days-in-month]: invalid date. in /home/norm1/domains/wietnam.info/public_html/sites/all/modules/archive/archive.module on line 106.

2 października - wczesnym popołudniem

Opis problemu:

;)

łączy mnie ładnie z siecią (mam klucz, który wpisuję od Amerykanów z dołu - u Karo działa)

pokazuje mi, że "połączono", jakość "znakomita" (no tak sobie bo tylko 56kbps, ale

teoretycznie jest)

strony nie działają!

wchodzę w cmd

ipconfig

wyświetla mi moje ip

maskę i bramę

 

pinguję adres bramy

 

zwraca mi świetne czasy

 

co jeszcze mogę Wam napisać?

 

chcę łącza!

(zwłaszcza, że u Karo działa a ma tego samego lapka z tą samą konfiguracją połączeń -

sprawdziłam wszystko po kolei)

 

i... brak łącza to w tej chwili jedna z większych wad akademika (poza brakiem pralki,

lodówki, klimy....;P) ;)

 

Sjesta by mi pasowała, ale dziewczynki nie są zbyt chętne do jej przestrzegania a i tak w

czasie wizyty cioci mocno sie odizolowałam od grupy.

 

Lubię ten akademik jeszcze z jednego powodu - sny. W Anglii, u Mu nie miałam snów albo ich

nie pamiętałam. Tu- śpi mi się bardzo dobrze i sny są "zdrowe". Możecie mówić, że jestem

głupia, ale zawsze wierzyłam i wierzyć będę w miejsca, prądy, duchy i że we wszystkim zawsze

jest ziarenko prawdy. W każde kłamstwo ktoś wierzy. A wiara ożywia. Czy chcemy, czy nie.

 

Jestem zmęczona i odpoczywam, więc nie napiszę Wam, co, gdzie i jak.

 

Wczoraj poznałam kilkoro Amerykanów z 2giego piętra. Próbowali mi użyczyć internetu (inna

sieć, która działa na ich piętrze;)). Ale się zbuntował. Chyba mnie ten akademicki internet

nie lubi, bo innym przynajmniej czasami działa;). Amerykanie strasznie narzekają na warunki

- a mają klimę, pokoje dwuosobowe, lodówkę, tv.......... i są tu tylko na miesiąc. Jutro

mamy spotkanko z vice-deanem. Spróbujemy powalczyć o lodówkę. Admin akademika powiedział

nam, że nie ma takiej opcji a po wietnamsku do innego coś o tym, że jesteśmy z Polski, więc

nie. Cham. Laotańczycy - nie płacą. Rosjanie i Ukraińcy - mniej niż my. Amerykanie - dwa

razy więcej. Płacimy więcej a mamy pokój, w którym poprzednio mieszkali Laotańczycy (!!!).

 

Po raz pierwszy od przyjazdu mam teraz chwilę dla siebie. Nikt mnie nigdzie nie ciągnie.

Luuuuzik.:) Ze dwie godziny - zanim dziewczynki nie wrócą z zakupów. Potem pójdziemy się

dointernetować do jakiejś kawiarni albo innej żarłodajni (jest jakiś barek z wifi w

pobliżu...).

 

A wieczorem może market - ręcznik i jakieś naczynia. Jeszcze trzeba poprosić w akademiku o

jakąś miskę do prania. ;)

 

Jutro znowu zakręcony dzień - rano to spotkanie z vdeanem a między 14 a 16tą mamy się

pojawić w ambasadzie i dadzą nam kasę za wrzesień (yuhu!). Niestety w dolarach.

 

Chodzenie z ciocią bardzo dużo mi dało w kwestiach rozumieniowych. Wczoraj byłam z siebie

strasznie dumna, gdy stałam sobie pod prysznicem i rozumiałam rozmowę między jakąś parą za

oknem;) (wooolnooo mówili;)). Ciocia też zaczęła mówić baaardzooo wolno. :) A pierwsi

państwo, których wspólnie odwiedziliśmy kazali mi czytać napisy w jakimś programie

telewizyjnym. Dung także kazał mi czytać zdania ze słownika. Twierdzą, że dobrze czytam.

Kłamczuchy. Za to mówię beznadziejnie i rozumiem tylko jak się do mnie mówi, jak do głupka.

Ale zaczynam czuć, że może się kiedyś nauczę tego języka.;)

 

A czego teraz Zapka słucha? Ziyo. Słucha i myśli o? :)

 

Rozmowa do Polski z komórki kosztuje mnie ok. 10.000 za minutę, więc nie jest tragicznie -

1,5zl? Muszę się jeszcze nauczyć doładowywać telefon.:)

 

Szkoda, że ciocia sobie jedzie. Mami przekaż jej, że mi z nią było naprawdę fajnie i bardzo

jej za wszystko dziękuję.

 

A wczoraj mnie zaczepił przed akademikiem jakiś chłopak, który chyba dorabia xe omowaniem i

nawet go rozumiałam a on był miły i tak sobie zagadywał - czy na pewno nie chcę nigdzie

jechać, na kogo czekam itp. Ludzie z dyżurki dziwnie na mnie patrzą, bo mam ciągle jakieś

odwiedziny - ciocia, Dung z kolegą, Huyen.

 

Naprawdę akademik mi się podoba - pomaga w zachowaniu beztroskiego klimatu wakacji, trochę

długich, ale jednak wakacji. Tak się chcę czuć, przed powrotem do Polski, do codzienności i szarego Poznania. Brakuje mi tylko koncertów. Muszę sobie znaleźć jakiś wietnamski zespół i ponownie zostać part-time groupie.;) Dodaję zdjęcia pokoju:

 

Pokój jest pięcioosobowy, ale jesteśmy tu cztery. Część większą – przy wejściu zamieszkują Ewa i Marysia – mają tu duuużą szafę – którą my też dzielimy, szafę z zamkiem (który nie działa;)), biurka i 3 łóżka. W naszej części są dwa łóżka, dwie małe szafki i dwa stoliki. Brakuje nam krzeseł – są tylko 2. O tym też trzeba pogadać. Wczoraj nas admin, brzydko mówiąc zlał. Jego angielski jest bardzo słaby i ma nas gdzieś, więc dogadanie się nie jest łatwe. Ale to też pozwala poczuć klimat. Stary akademik i podejście do studenta...;)

akademik

duża część od jednej strony

akademik

nasza mała część

akademik

mój osobisty bałagan

akademik

duża część od drugiej strony - szafa

akademik

łazienka

akademik

kabiny - dwa kibelki i prysznic

 

A tak prezentuję się ja na moim łóżeczku (maam czerwone przykrycie;)). Pogryzły mnie wczoraj na korytarzu jakieś latające robale i zostały mi ciemne plamki po tych ugryzieniach.

akademik

 

 

 

 

Mieszkanie

:) Będziemy przynajmniej przez miesiąc mieszkać we cztery w pokoju w akademiku. Pokój pięcioosobowy dla nas czterech za 200$. Łazienka przy pokoju tylko dla nas – z dwoma kabinami z sedesami, dwie umywalki, prysznic, miski itp. Wiatrak przy każdym łóżku. Szafy. Stolik dla każdej. Akademik dla obcokrajowców. Ktoś nam powiedział „Cześć”. Nie wiemy, kto.;)

 

Na uczelni bardzo miło nas potraktowali. Miła pani kazała mówić, że dopiero przyjechałyśmy, żebyśmy od ręki dostały akademik. Zajęcia zaczynają się od poniedziałku a w piątek rano wszyscy mamy spotkanie u vice-deana. W przyszłym tygodniu spotykamy się z panem ambasady, który przynajmniej w teorii, jest za nas odpowiedzialny.

 

Dzisiaj przyjechała też do nas w odwiedziny ciocia Ha z Saigonu. No i zupełnie nie mogłyśmy się dogadać. Do tego ciocia jest niecierpliwa i strasznie krzyczy. Widzimy, że się o nas martwi i stara pomóc, ale bardzo nas zestresowała. Poza tym zabrała nas na obiadek i za niego zapłaciła. Nie pozwoliła nam pojechać do ambasady autobusem, tylko siłą wepchnęła do taksówki i za nią zapłaciła. A my naprawdę całkiem nieźle sobie radzimy same. Troszkę mamy problemy ze znajdowaniem adresów – bo tutaj jest nazwa ulicy a potem nr uliczki w bok i dopiero numer domu (chociaż czasami jest jeszcze uliczka od uliczki a numery domów maja poza cyferkami literki).

 

Byłyśmy też w odwiedzinach u Ani L., która od jakiegoś czasu mieszka w Hanoi. :)

 

Generalnie dalej snujemy się po mieście i jest nam całkiem miło i przyjemnie.