Subskrybuje zawartość

jezioro

warning: array_merge() [function.array-merge]: Argument #2 is not an array in /domeny/wietnam-info/includes/theme.inc on line 921.

Weekendowo

:) Jak niektórzy z Was wiedzą, dziecko się pochorowało, więc nie ma nic bardzo ciekawego do napisania. Spędza właśnie trzeci dzień w czeluściach akademika. Niemniej, żeby nie pozostawić bloga tak zupełnie odłogiem, pozbierałam kilka zdjęć...;)

 

Image

Widok na jezioro Hoan Kiem za dnia. Do tej pory zawsze był nocą i baloniki nie były widoczne...;)

 

 

 

Image Image

Bilety komunikacji miejskiej – przejazdowe, więc płacisz 3.000 i jedziesz tym autobusem, dokąd tylko chcesz. Bilety kupuje się u „pana biletowego” - w każdym autobusie znajduje się człowiek odpowiedzialny za:

  • sprzedaż biletów

  • ich kontrolÄ™

  • „usadzanie ludzi”

  • ogólnie pojÄ™te pilnowanie porzÄ…dku

 

Niektórzy panowie są w porządku. Niektórzy mniej – np. uwidzi się takiemu, że wszyscy mają stać w tylnej części autobusu i wrzeszczy (dosłownie) na każdego, kto próbuje się wyłamać. Albo też wsiadasz do autobusu, podchodzisz do pana z zamiarem kupna biletu a pan chwyta cię dwoma rękoma i usadza na pierwszym bliższym siedzeniu i nie ma nic dobrego w oczach. Niekiedy można się zestresować.;)

 

Wsiadamy zawsze przednimi drzwiami. Wysiadamy tylnimi. Uwaga: niekiedy wysiadasz w biegu, bo kierowcy nie chce się zatrzymywać, więc tylko zwalnia i otwiera drzwi.

 

Ogólnie komunikacją miejską przemieszcza się całkiem wygodnie. Wprawdzie nie zaobserwowałam rozkładu z godzinami, ale autobusy jeżdżą dosyć często. Trzeba tylko przywyknąć do pana porządkowego i beztroski kierowcy – czasami się nie zatrzymuje, czasami wręcz przeciwnie – potrafi wysiąść na czerwonym świetle i iść na herbatę...

 

Zmieniamy temat. Jakiś czas temu znalazłam w markecie takie oto cudo:

Image

napój energetyczny o wdzięcznej nazwie Samurai.

 

Image

Coca-Cola i wszystko jasne.

 

Poza tym moje ostatnie zakupy (wtorek?):

Image Image

 

Próbowałam się jeden dzień leczyć naturalnie, ale się poddałam.;) Nie lubię się dusić w nocy.

 

Teraz łykam amodex, na noc pyralgin (chociaż dzisiaj już chyba odpuszczę) i 2 razy dziennie soczek ze świeżych pomarańczy.

Image

 

Co do nauki – z panem wtorkowo-czwartkowym (thay Hung) rozpoczynamy nowy podręcznik.Wygląda ambitnie, taki klasyczny podręcznik typu advanced. Teksty i rozmaite ćwiczenia – znajdź słowa a tekście o takim samym/przeciwnym znaczeniu, wstaw w lukę odpowiednie słowo, odpowiedz na pytania, prawda/fałsz, rozsypanki itp.

Image

 

 

I to by było tyle na sobotę.:)

:)

 

Wasza antybiotyczka.;)

 

(Aha! Chciałam tylko publicznie pochwalić Pawełka za dzielne noszenie okularów.:) I podziękować Chrumkowi za nocne smsy:))

 

 

Wpis z korytarza, spod pokoju 400, akademik A2, 25 Ta Quang Buu, Ha Noi, Wietnam

Właśnie wróciłam z wyjazdu na miasto.:) Spędziłam przesympatyczny wieczór w towarzystwie Dunga - bratanka wujka Hoa z Saigonu. Zadzwoniła do niego ciocia Ha i kazała mu się ze mną spotkać;). Ciocia wzięła się na poważnie za moją naukę. Przysłała mi wczoraj smsa, że uczy się pisać maile, żebym mogła z nią korespondować i ćwiczyć pisanie!:)

 

Dung zadzwonił wczoraj i umówił się ze mną na 7mą w akademiku. Przyjechał po mnie. Wsiadłam na motorek i pojechaliśmy....:) na kurę. :) Tak więc pierwszy raz miałam okazję spróbować kurzych łapek:) i muszę przyznać, że mi smakowały. Po jedzonku nowy znajomy zabrał mnie na lody... :) Po lodach pojechaliśmy nad brzeg nieznanego mi jeziora (zaraz sprawdzę na mapie;)). A co najważniejsze - przez większość czasu próbowaliśmy chociaż trochę rozmawiać. Wprawdzie czuję się przy nim strasznie głupia i mam wrażenie, że nic nie rozumiem (i to nie jest tylko wrażenie), ale jest miło. ;) On pokazuje mi przedmioty i mówi po wietnamsku - ja podaję mu słówka angielskie. Na koniec był śmieszny incydent ze szczurkiem, który struty czymś padł na macie pary obok.;)

 

A w środę po pracy zabiera mnie do kina!:)

 

To jest notka na szybko;) a jutro wkleję opis traumatycznego poranka w szpitalu Bach Mai;). Przeszłyśmy serię badań, żeby uzyskać jakieś ubezpieczenie....;) Było co najmniej ciekawie...

Rocznica, uczelnia i inne żelki.

Dzisiaj zakończyłyśmy pierwszy tydzień zajęć na wietnamskiej uczelni. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami mamy zajęcia 4 razy w tygodniu od 13:30 do 16:20. W poniedziałki i piątki uczy nas pan Dân – pracujemy z podręcznikiem, który rozpoczęliśmy w Polsce – poziom C. Twierdzą, że wysoki. We wtorki i czwartki jest ciekawiej – pan Hùng stwierdził, że nasza wiedza jest wystarczająca, by poprowadzić zajęcia w inny sposób. Przez tydzień rozmawiamy na konkretny temat a potem musimy napisać wypracowanie o naszych przemyśleniach. We wtorek zaczęliśmy od rozmowy o rodzinie – na pierwszy ogień poszłam ja. Wałkowali mnie przez 2 godziny. Potem każdy krótko się przedstawił i dyskusja potoczyła się na troszkę inne tory – porównanie rodziny wietnamskiej/azjatyckiej a polskiej/europejskiej.

 

Tak wyglądał nasz skład w czasie pierwszych zajęć:

skład

z przodu: Karolina, Marysia, Kamil, z tyłu: Ali, stażysta z Białorusi i Tomek (prywatnie brat Kamila;))

 

Marysia postanowiła zmienić grupę i przerabiać podręcznik na poziomie B z innymi studentami (prawdopodobnie z Rosji, Białorusi i Mongolii), więc zostało nas pięcioro.

 

Nasza klasa:

klasa klasa

 

Widok z okna klasy:

z okna

 

Widok z korytarza uczelni:

z korytarza z korytarza

 

Ja i Karo przed zajęciami:

my dwa

 

Po dzisiejszych zajęciach wybrałyśmy się „na miasto”.;)

 

Tutaj też wpadli na taki sposób reklamy:

reklama

 

W wielu miejscach tablice, nawet elektroniczne - liczące dni. Wszyscy przygotowują się do obchodów 1000-lecia założenia stolicy:

tysiÄ…clecie

 

Wietnamskie budownictwo...;)

tak mieszkajÄ…

 

A oto, co dzisiaj znalazłyśmy w jednym z marketów:

Krakus

 

Wieczorem spacer nad jeziorem Hoan Kiem... Dzisiaj jest 54 rocznica oswobodzenia stolicy i okolica została pięknie oświetlona. Miało się coś dziać, były jakieś sceny... i nic. Nie zaobserwowałyśmy żadnych występów... Leciała jakaś muzyka z taśm. Ludzie nie wykazywali zainteresowania.

10.10.2008 10.10.2008 10.10.2008 10.10.2008

10.10.2008 10.10.2008 10.10.2008 10.10.2008

 

Na koniec bonus...

 

w pokoiku W pokoiku

Mój i Gamisiowy kącik – dorobiłyśmy się moskitier i co więcej, mamy w końcu własne krzesła.;)

 

Naczynia

Moje naczynka.

 

Gekon

Jedno z naszych zwierzątek. Śmieszne dźwięki wydaje wieczorami.:)

 

Przypuszczamy, że mamy tu jeszcze jakiś gatunek zwierza. Gamrai zaobserwowała bobki w łazience. Gryzionie się powoli zwijają do domu na zimę?

 

Aha... Mają tu żelki. Cena w przeliczeniu – 5 zł/kg.

Żelkożabka

 

Na koniec końca - aktualny skład pokoju – zdjęcia do legitymacji na smutno;)

wszystkie dziewczynki

 

 

 

 

 

3 października :) Spacer po parku. Uczelnia. Ambasada.

Dzisiaj o 9:00 rano miałyśmy spotkanie na uczelni. Jako że z Polski poza nami nikt nie przyjechał, będziemy wszyscy w jednej grupie: ja, Gami, Kamil od nas z grupy, Tomek, brat Kamila z roku wyżej i Marysia z Warszawy, która uczyła się j. wietnamskiego dwa lata (jedne zajęcia tygodniowo). Na razie padła decyzja, że uczymy się od podręcznika na poziomie C, od rozdziału, na którym skończyliśmy w Polsce. Tak więc nie cofamy się a idziemy do przodu.:) Zajęcia w poniedziałek, wtorek, czwartek i piątek – od 13:30 do 16:20 – jeden dzień więcej niż zeszłe lata. Zaczynamy od poniedziałku. Kamil jako jedyny facet na spotkaniu został mianowany „gospodarzem” (przewodniczącym?) grupy.

Ok. 10 wylądowałyśmy z Gami w pobliskiej kafejce z wifi. Wypiłyśmy po mrożonej herbatce z mlekiem i limonką i stamtąd wysłałam dwie ostatnie notki oraz zadzwoniłam do Maminka.:) Ściągnęłam sobie thunderbirda, coby Wam ładnie i na spokojnie na maile odpisywać oraz yahoo messengera. Tak... Poddałam się, gdy kolejna osoba zapytała o moje „ID”. Oni tu wszyscy tego używają.

 

Po dointernetowaniu poszłyśmy na jedzonko, wróciłyśmy do akademika i wyruszyłyśmy do ambasady. Pojechałyśmy autobusem i trafiłyśmy szybko i bez żadnych problemów. Robimy postępy.:) W ambasadzie dofinansowałyśmy się na październik, więc na razie z głodu nie umrzemy. Może.;)

 

W przeciwieństwie do Ewy i Marysi, które dzisiaj zrobiły sobie mały maraton: mauzoleum Ho Chi Minh'a i Van Mieu za jednym zamachem, ja i Gam postanowiłyśmy odpocząć i zrobić trochę zdjęć z nami w rolach głównych (niektórzy z Was o nie prosili:)). Wybrałyśmy się więc do parku nieopodal naszej uczelni – Bach Khoa (miejscowa politechnika).

 

Pośrodku parku znajduje się Hồ (jezioro) Bẩy Mẫu. Cały park żyje. Ludzie przychodzą tu pobiegać, poćwiczyć albo po prostu odpocząć. Drugą grupę stanowią zakochani (całujący się na ławeczkach) i młode pary pozujące do ślubnych zdjęć. Ruch jest naprawdę duży a mimo to przyjemnie jest tam pójść i trochę się zrelaksować. :)

para młoda

 

A o to efekty naszej sesji:

palma

 

palma

 

palma

 

park

 

park

 

park

 

park

 

park

 

alejka

 

park

 

smocza kolejka:

park

Takie tu majÄ… piesy:

piesek

Tak tu się wożą:

pan

 

Tak tu mieszkajÄ…:

domek

 

I na koniec:

Akademik:

akademik

Ja na podwórku akademika:

podworko

Widok z okna na korytarzu akademika wieczorem:

akademik

Nasze podwórkowe pieski.

pies

pies

 

Dzień trzeci...

:) Na początek zdjęcia naszego pokoju hotelowego:

pokoj

widok pokoju od jednej strony

pokoj

widok pokoju od drugiej strony

pokoj

łazienka w standardzie europejskim

pokoj

poduszeczka

 

Wstałyśmy dzisiaj rano z Gami o 7mej i wyruszyłyśmy w drogę do Thuy Anh – Ani, u której rok temu mieszkała nasza koleżanka z roku, Asia. Po raz pierwszy pojechałyśmy autobusem. Nie obyło się bez małej wpadki – na początku próbowałyśmy pojechać w złą stronę, ale pan od biletów nas zawrócił.;)

 

Dojechałyśmy całkiem szybko. Dałyśmy prezenty od Asiora, pogadałyśmy. Ania pomogła nam wymienić troszkę pieniędzy i kupić owoce.:) Pierwszy smoczy owoc za nami... (Mami, jak on się nazywa po wietnamsku??) Kupiłyśmy też pomarańcze. Także wiemy już, jakie ceny powinny mieć te owoce.;)

 

Od Ani dostałyśmy rzeczy pozostawione przez Asiora. A tak prezentuję się w liliankowej maseczce, daszku i z parasolką: ;)

w liliankowej maseczce

A to jest Słonik, który przyniesie nam szczęście w poszukiwaniach mieszkania. ...Tak się z nim umówiłyśmy... Nie obyło się bez gróźb, ale Słoniki to ogólnie dobre zwierzątka są....;)

Słonik

Jestem już opalona:

zapk

;)

Nadal dobrze siÄ™ bawimy.

 

Około południa spotkałyśmy się z wujkiem pani Ha z restauracji. Odwiedził nas w hotelu. Porozmawialiśmy i wymieniliśmy kontakty. Obiecał zadzwonić do znajomego i zapytać o mieszkanko dla nas.

 

Aktualnie (14:10 – w Polsce 9:10) siedzimy sobie na łóżkach, klikamy i słuchamy... kogo? kogo? Szanownego Pana Smolika.;)

 

A ja i Gamrai prezentujemy siÄ™ o tak:

ja, Gam i słonik

Ten pomiędzy to nie tylko nasz Słonik przynoszący szczęście, ale też nasz aktualny, wspólny wprawdzie, ale jednak facet. Śpimy w trójkę na jednym łóżeczku...;)