spacer
Spacer wzdłuż torów...
Wczoraj byłyśmy na spacerze:
Moje filmiki na google video - po prawej stronie macie "inne fimy tego użytkownika"
3 października :) Spacer po parku. Uczelnia. Ambasada.
Dzisiaj o 9:00 rano miałyśmy spotkanie na uczelni. Jako że z Polski poza nami nikt nie przyjechał, będziemy wszyscy w jednej grupie: ja, Gami, Kamil od nas z grupy, Tomek, brat Kamila z roku wyżej i Marysia z Warszawy, która uczyła się j. wietnamskiego dwa lata (jedne zajęcia tygodniowo). Na razie padła decyzja, że uczymy się od podręcznika na poziomie C, od rozdziału, na którym skończyliśmy w Polsce. Tak więc nie cofamy się a idziemy do przodu.:) Zajęcia w poniedziałek, wtorek, czwartek i piątek – od 13:30 do 16:20 – jeden dzień więcej niż zeszłe lata. Zaczynamy od poniedziałku. Kamil jako jedyny facet na spotkaniu został mianowany „gospodarzem” (przewodniczącym?) grupy.
Ok. 10 wylądowałyśmy z Gami w pobliskiej kafejce z wifi. Wypiłyśmy po mrożonej herbatce z mlekiem i limonką i stamtąd wysłałam dwie ostatnie notki oraz zadzwoniłam do Maminka.:) Ściągnęłam sobie thunderbirda, coby Wam ładnie i na spokojnie na maile odpisywać oraz yahoo messengera. Tak... Poddałam się, gdy kolejna osoba zapytała o moje „ID”. Oni tu wszyscy tego używają.
Po dointernetowaniu poszłyśmy na jedzonko, wróciłyśmy do akademika i wyruszyłyśmy do ambasady. Pojechałyśmy autobusem i trafiłyśmy szybko i bez żadnych problemów. Robimy postępy.:) W ambasadzie dofinansowałyśmy się na październik, więc na razie z głodu nie umrzemy. Może.;)
W przeciwieństwie do Ewy i Marysi, które dzisiaj zrobiły sobie mały maraton: mauzoleum Ho Chi Minh'a i Van Mieu za jednym zamachem, ja i Gam postanowiłyśmy odpocząć i zrobić trochę zdjęć z nami w rolach głównych (niektórzy z Was o nie prosili:)). Wybrałyśmy się więc do parku nieopodal naszej uczelni – Bach Khoa (miejscowa politechnika).
Pośrodku parku znajduje się Hồ (jezioro) Bẩy Mẫu. Cały park żyje. Ludzie przychodzą tu pobiegać, poćwiczyć albo po prostu odpocząć. Drugą grupę stanowią zakochani (całujący się na ławeczkach) i młode pary pozujące do ślubnych zdjęć. Ruch jest naprawdę duży a mimo to przyjemnie jest tam pójść i trochę się zrelaksować. :)
A o to efekty naszej sesji:
smocza kolejka:
Takie tu mają piesy:
Tak tu się wożą:
Tak tu mieszkają:
I na koniec:
Akademik:
Ja na podwórku akademika:
Widok z okna na korytarzu akademika wieczorem:
Nasze podwórkowe pieski.
Dzień trzeci...
:) Na początek zdjęcia naszego pokoju hotelowego:
widok pokoju od jednej strony
widok pokoju od drugiej strony
łazienka w standardzie europejskim
poduszeczka
Wstałyśmy dzisiaj rano z Gami o 7mej i wyruszyłyśmy w drogę do Thuy Anh – Ani, u której rok temu mieszkała nasza koleżanka z roku, Asia. Po raz pierwszy pojechałyśmy autobusem. Nie obyło się bez małej wpadki – na początku próbowałyśmy pojechać w złą stronę, ale pan od biletów nas zawrócił.;)
Dojechałyśmy całkiem szybko. Dałyśmy prezenty od Asiora, pogadałyśmy. Ania pomogła nam wymienić troszkę pieniędzy i kupić owoce.:) Pierwszy smoczy owoc za nami... (Mami, jak on się nazywa po wietnamsku??) Kupiłyśmy też pomarańcze. Także wiemy już, jakie ceny powinny mieć te owoce.;)
Od Ani dostałyśmy rzeczy pozostawione przez Asiora. A tak prezentuję się w liliankowej maseczce, daszku i z parasolką: ;)
A to jest Słonik, który przyniesie nam szczęście w poszukiwaniach mieszkania. ...Tak się z nim umówiłyśmy... Nie obyło się bez gróźb, ale Słoniki to ogólnie dobre zwierzątka są....;)
Jestem już opalona:
;)
Nadal dobrze się bawimy.
Około południa spotkałyśmy się z wujkiem pani Ha z restauracji. Odwiedził nas w hotelu. Porozmawialiśmy i wymieniliśmy kontakty. Obiecał zadzwonić do znajomego i zapytać o mieszkanko dla nas.
Aktualnie (14:10 – w Polsce 9:10) siedzimy sobie na łóżkach, klikamy i słuchamy... kogo? kogo? Szanownego Pana Smolika.;)
A ja i Gamrai prezentujemy się o tak:
Ten pomiędzy to nie tylko nasz Słonik przynoszący szczęście, ale też nasz aktualny, wspólny wprawdzie, ale jednak facet. Śpimy w trójkę na jednym łóżeczku...;)
Pierwsze przygody
Pierwszy dzień pobytu w Hanoi za mną. Było niezwykle, niespodziewanie i fascynująco. Na lotnisko w Noi Bai dotarłyśmy z ponad półgodzinnym opóźnieniem. Bez problemu przeszłyśmy przez kontrolę paszportową, odebrałyśmy bagaże i zaczęło się. Na początek zaczepiło nas dwóch panów, oferując przejazd do centrum. Pamiętając o wszystkich dobrych poradach sprzed wylotu, zignorowałyśmy ich i podeszłyśmy do postoju taksówek lotniskowych. Ustaliłyśmy cenę, zapakowano nam walizki, wsiadłyśmy.... Po czym przy ustalaniu dokładnego celu naszej podróży okazało się, że pan nie zawiezie nas za 16$ do hotelu – chciał koniecznie włączyć taksometr (cena ostatecznie byłaby 100.000 VND wyższa a aktualny przelicznik to ok. 16.500VND=1$). Podziękowałyśmy, zabrałyśmy nasze bagaże a w tym czasie znalazł się Pan z taksówki obok, który z wielką chęcią i bez żadnych problemów zawiózł nas pod sam hotel za 16$.
W hotelu na wstępie usłyszałyśmy cenę 25$ za dwuosobowy pokój. Po chwili rozmowy zostałyśmy w czteroosobowym za 24$. Prysznic. Krótki spacer po okolicy – pierwsze zakupy, kupno napojów. Starsza pani zapisująca ceny na karteczce i my łamanym wietnamskim, na migi itp. pokazujący, co sobie życzymy.
Jesteśmy tu we cztery: ja, Gamrai, Marysia z Warszawy i Ewa z Poznania (którą znalazłyśmy na lotnisku w Moskwie;o)). Całą grupą wybrałyśmy się zobaczyć uniwersytet i poszukać mieszkania. Pochodziłyśmy po kampusie. Wywiesiłyśmy ogłoszenie, że poszukujemy domu dla pięciorga studentów. Po czym Marysia zadzwoniła do człowieka, od którego rok wcześniej jej koleżanka wynajmowała dom. Dogadała się tylko na tyle, aby potwierdzić, że dzisiaj do niego pójdziemy. ...I wyruszyłyśmy. To była naprawdę niezła przygoda.:)
Wędrowałyśmy brzegiem jeziora Bẩy Mẫu a potem hanojskimi uliczkami, powolutku, rozglądając się uważnie dookoła. Ewa i Marysia zaopatrzyły się w startery do telefonów a ja i Gami kupiłyśmy sobie napoje (w sklepie z cenami!;)).
Szłyśmy i szłyśmy, i szłyśmy... i nagle zorientowałyśmy się, że od dłuższej chwili idziemy w złym kierunku. Jakaś starsza Pani zerknęła nam na mapę i powiedziała jak iść. Robiło się coraz później, my byłyśmy coraz bardziej głodne, więc zdecydowałyśmy się usiąść i zjeść. Weszłyśmy do restauracji, która wydawała nam się „przyzwoita”. Mam jeszcze opory przed jedzeniem na ulicy. Zbiegła się do nas cała obsługa. Otoczyli nasz stolik, śmiejąc się, mówiąc coś i do siebie, i do nas zresztą też.;) Ja i Gami zamówiłyśmy makaron z wołowiną, ponieważ była to jedna z niewielu pozycji w menu, którą zrozumiałyśmy. Ewa i Marysia wybrały coś za namową kelnerów – jakowąś zupkę i rybę z ryżem. Jedzenie było przepyszne a obsługa, stojąca w grupce i patrząca na nas, była zabawna. Rekord ciekawości pobiła pani, która dosłownie gapiła się przez ramię Gamrai piszącej smsa po polsku. Zjadłyśmy i poszłyśmy dalej.
I szłyśmy, i szłyśmy... kierując się mapką narysowaną przez Marysi znajomą, aż doszłyśmy do momentu, gdy musiałyśmy skręcić z głównej ulicy w tzw. Ngỗ. Tutaj zaplątałyśmy się i jakiś starszy Pan postanowił nam pomóc. Poszedł przodem, każąc nam iść za sobą a po chwili zatrzymał się, pytając o drogę w sąsiednim domu. Dziewczyna zaczęła do nas mówić po angielsku i okazało się, że wykłada język angielski na uniwersytecie, na którym w teorii studiujemy. Kiedy dowiedziała się, że w jakim celu idziemy pod podany adres, zdecydowała się pójść z nami i targować się w naszym imieniu. W wyniku jej rozmowy uzyskałyśmy dwie opcje – domek dla 5 osób za 500$ (potem za 450$) lub pokoje w domu ze starszym małżeństwem za 400$. Jako że lokalizacja dosyć daleko od uczelni, chciano od nas pieniądze za 3 miesiące z góry, klimatyzacja jest tylko w jednym pokoju a jedna osoba musiałaby spać na parterze, gdzie wiosną stoi woda, na razie zrezygnowałyśmy, postanawiając kontynuować poszukiwania. Wymieniłyśmy się kontaktami z panią Việt Hương. Marysia zrobiła kilka zdjęć jej rodzince. Dostałyśmy namiary telefoniczne na najtańsze taksówki i wrzucono nas do jednej z podaniem adresu hotelu.;)
Niesamowicie wyglądała rozmowa Việt Hương z gospodarzami – grzecznościowo, naokoło, rozmowa o wszystkim tylko nie o cenie. Do tego bawiące się dzieci, na które to jedna mama (Việt Hương), to druga (gospodyni) raz na kilka minut krzyczały, bo były tak głośno, że rozmowa była utrudniona. Coraz więcej wiem o tej wietnamskiej mentalności. Na koniec dwóch gospodarzy honorowo obraziło się na siebie – bo ten od domku nie mógł zaoferować nam tak niskiej ceny jak 400$...
Wróciłyśmy do hotelu ok. 21-szej i tak spodobał nam się barek przed hotelem, że postanowiłyśmy wyjść i popytać w okolicy, czy ktoś nie wynająłby mieszkania. Po dłuższych poszukiwaniach znalazłyśmy miejsce, gdzie udało nam się usiąść na spokojnie i napić piwa. Córka właścicielki mówiła po angielsku, więc zapytałyśmy czy nie wie nic o wolnym domu. Wpadła nam kolejna możliwość – 160-170$ od osoby za pojedyncze pokoje w domu z rodziną; dostęp do kuchni, pralki, lodówki, ciepła woda. Powiedziałyśmy, że to za drogo, bo mamy tylko 200$ stypendium, zostawiłyśmy namiary na siebie... i porozmawiałyśmy jeszcze troszkę.
Wolnym spacerkiem ponownie wróciłyśmy do hotelu. Pomyłyśmy się w zimnej wodzie, bo ciepłej już nie było i czas spać....;)
Ogólne wrażenia:
Dlaczego u licha im wszystkim wydaje się, że rozumiem, co do mnie mówią? Ludzie próbują zagadywać. Zdecydowanie zdenerwowała mnie pani na skuterku, która zatrzymała się, mówiła coś do mnie, a gdy nie rozumiałam, zrobiła bardzo niezadowoloną minę. Co najmniej trzy osoby zapytały czy jestem Wietnamką i za każdym razem miały taki jakiś dziwny wyraz twarzy, gdy odpowiadałam, że nie...
Jedzonko bardzo mi smakowało, nie spowodowało efektu tucznika a było bardzo smaczne i sycące. Nawet szczury biegające po siatkowym suficie restauracji jakoś nie zrobiły na nas wrażenia. Zresztą... nie były jakieś ogromne. Karaluchów jeszcze nie widziałyśmy.
Z przejściami przez ulicę nie jest tak źle. Może dlatego, że jesteśmy we cztery? Przechodziłyśmy także w godzinach szczytu i obyło się bez problemów. Machnął raz za nami ręką jakiś pan policjant. Ale generalnie jest dobrze.:) Po wszystkich historiach o wietnamskim ruchu drogowym spodziewałam się czegoś dużo gorszego a oni tu nawet w większości przypadków zatrzymują się na światłach
Hotel, w którym mieszkamy jest w niezłym standardzie. Śpimy na podwójnych łóżkach, ale mamy przyzwoitą pościel, klimatyzację, normalną łazienkę i nawet ciepłą wodę (dopóki się nie skończy). A pani w recepcji była na tyle miła, że pozwoliła nam z rana podpiąć swój kabelek od netu do naszych lapków.
Napiszę Wam jeszcze tylko o pogodzie – Hanoi przywitało nas 28 stopniami. Jest ciepło, duszno, chwilami kropi deszcz. Lekko ochłodziło się około godziny 23ciej.
Po pierwszym dniu mogę powiedzieć, że jest mi tu dobrze. Tylko teraz, gdy leżę w łóżku z laptopem, dziewczyny na sąsiednim łóżku śpią a Gamrai pisze coś w swoim notatniku, czuję w serduchu tęsknotę. Przywiązuję się do miejsca i nie przepadam za częstymi zmianami.
Tęsknię za biednymi i głupimi, za geekowatymi i za tęskniącymi.
hoteeel...;P
ale nie nasz;) a jakiś w budowie...
Plakaty, jakich tu wiele... Postęp uprzemysłowienia. Modernizacja stolicy i państwa.
A tak mniej więcej wygląda tu kwestia okablowania.