...czyli jak nieznajomość języka zamienić w chore gardło.
Obiadek w ryżowni dla ludu* na dzielni Adiego (okolice rynku Tu Lien). Pani nr 1 ładuje mi talerz ryżu, ja pokazuję palcem, co chcę do tego. Na koniec podchodzę zapłacić rachunek. Pani nr 1 gdzieś zniknęła, więc nr 2 pyta, co jadłam (haha, jakbym umiała to nazwać...;)). Dogadywanie nam nie idzie. W końcu przychodzi pani nr 1, kasuje mnie, a na koniec pyta mnie zmartwiona: "em bi om a?" (chora, co?).
Kurtyna.
*na stypendium nazywaliśmy tak wszelkie miejsca, gdzie dostaje się miseczkę ryżu, bulion do popitki + wybiera z tacek dodatki (mięsko, warzywka itp.)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Napisz, co myślisz o tym tekście!